SSAKI „MASSA TABULETTAE” Antena Krzyku 1998
fot. ze zbiorów autora
Ssaki – zwierzęta należące do kręgowców, charakteryzują się tym, że ich samice posiadają gruczoły mlekowe, którymi karmią swoje młode.
Massa tabulettae – naukowa nazwa otoczki pigułki.
Dwa niezależne od siebie pojęcia, które w połączeniu ze sobą muszą wydawać się odrobinę dziwne.
Może dlatego, gdy myślę zarówno o tym zespole Ssaki, jak i jego dziele pod tytułem „Massa tabulettae”, pierwsze słowo jakie przychodzi mi na myśl to właśnie „dziwny”… Może nawet dziwaczny. Sęk w tym, że właśnie ta dziwaczność jest w tym przypadku wręcz fascynująca.
Muzyka Ssaków jest bowiem czymś, czego nie da się tak łatwo opisać i zaszufladkować. Skład zespołu jest typowy – gitara-bas (dodatkowo śpiewający)-perkusja. Czasem pojawi się jakaś elektronika, gościnnie nawet zabrzmi jakaś trąbka lub skrzypce (choć tak przetworzone, że aż człowiek się zastanawia, co tak naprawdę usłyszał…) I ten, w zasadzie prosty skład, generuje z siebie muzykę, którą ciężko do końca rozgryźć. A co dopiero zakwalifikować do jakiejkolwiek szufladki.
Z czym więc mamy tu do czynienia? Już pierwszy numer – „Hymn” zapowiada, że nie będzie prosto i lekko. Mocno przesterowana gitara od razu raczy ostrym riffem, granym unisono z basem, w dodatku ten wokal… Jakiś taki przetworzony. Perkusista też nie zostaje w tyle – gra gęsto, niekiedy zapodając całkiem karkołomne przejścia. Brzmienie jest takie… jakby ktoś włączył szlifierkę… Bas za to jest mocno wyeksponowany i tłusty. W dodatku ta energia. Tu nikt się nie oszczędza.
Jednak muzyka Ssaków to nie tylko pełne energii, krótkie kawałki. Owszem potrafią zagrać bardzo melodyjnie i w sumie dość przebojowo („Antoś”). Jednak jest to „przebojowość” na własnych warunkach, a nie specjalne umizgiwanie się do masowej publiczności.
A te warunki Ssaki stawiają całkiem bezkompromisowe. Nie dość, że brzmienie jest mocno przesterowane, to jeszcze do tego co rusz pojawiają się jakieś zgrzyty, szumy, dysonanse. Zespół często gra mocno połamane rytmy („Dekonstrukcja”, „Non profit”, „Niedopałki”, „Jura”). Potrafi też niesamowicie manipulować klimatem utworu. W „Niedopałkach” sąsiadują ze sobą fragmenty psychodeliczne z czadowymi, a do tego jeszcze w środku kawałka zespół umieszcza jeszcze jakiś pokręcony perkusyjny loop. Podobnie w „Dekonstrukcji”. Albo to umiejętne stosowanie pauz w „Jurze”. Bo czemu nie? To tylko jeden z wielu dowodów na bardzo dużą wyobraźnię muzyczną Ssaków. Gitarzysta ma dość dysonansów i chce zagrać naprawdę ładne solo na koniec utworu? Proszę bardzo („Non profit”.) Perkusista ma ochotę na granie podziałów rodem z jazzu? To niech gra (partie w „175 bpm”), a może chce zabrzmieć jak karabin maszynowy? Droga wolna! („Non profit”). A może odrobinę psychodelicznej elektroniki, która może wręcz przywodzić na myśl dalekie echa „On the run” Pink Floyd? Pewnie! („175 bpm”). Wymęczyć słuchacza dysonansami? Czemu nie? („Drzwi”). Basowy pochód w środku utworu? („Jura”) Skrecze? („Non-profit”?) A może zagrać bardziej dostojnie, podniośle? („Bez”). A może pokażmy, że potrafimy stworzyć konwencjonalną piosenkę? („Reportaż”). To… wiadomo… Gramy!
Gdy słucham tej płyty mam wrażenie, że to taka muzyczna kwintesencja post-modernistycznego myślenia o muzyce. Nie ma tu ramek żadnego stylu. Zabawa formą, kompozycją. Jest po prostu granie. Nawet szukanie skojarzeń z innymi podobnymi zespołami nie ma za bardzo sensu. Inna sprawa, że podobnie grających kapel… nie znam. A słyszałem już niejedno. Może jakieś dalekie echa Jesus Lizard? Albo coś z Shellac? Ale z drugiej strony – brzmienie gitar inne – bardziej wywodzące się z okolic hardcore, co w sumie ma pewien sens. Może Kobong? Cóż… też nie do końca, choć korzystali z tego samego studia nagrań… Owszem, jakieś styczne może i dałoby się znaleźć, przynajmniej jeśli chodzi o upodobanie do wszelakiej „dziwności”. Jednak mimo wszystko… Zarówno muzycznie jak i tekstowo jest to jednak inne… Wokal też może niektórym kojarzyć się z Jello Biafrą… Ale tylko nieznacznie. Muzycznie to już całkiem inna bajka. Ale takie jest już granie Ssaków. Nie pasujące do żadnej szufladki.
Ważne, że to granie wyborne. Całość bowiem sprawia wrażenie naprawdę wybuchowej mieszanki. Sądzę, że warto podkreślić. Stworzyć spójne dzieło z elementów do siebie nijak nie pasujących, to jednak wielka sztuka.
Instrumentalnej zawartości albumu dopełnia wokal. A ten jest… jak cała ten album – dziwny! I jak mi się wydaje, taki miał właśnie być. Mało tego, pasuje do tej muzyki jak ulał. Sienicki to ten rodzaj wokalisty, który choć może nie ma jakiegoś super brzmiącego głosu, ma jednak pomysł na siebie. I to jest jego największy plus. A pomysł ten jest zaiste nieszablonowy. I w zasadzie idzie śladem koncepcji muzycznej tego albumu. Wokalista bowiem nie tylko bawi się swoim śpiewaniem, przechodząc od zwykłego melodyjnego głosu, niekiedy wręcz szeptu, po wręcz desperackie krzyki („Antoś”, „Jura”). Czasem potrafi go dodatkowo przesterować („Hymn”, „175 bpm”). Do tego dochodzi zabawa akcentem, co objawia się choćby w dziwnym wyśpiewywaniu sylab („Niedopałki”). Pojawiają się też melodeklamacje („Drzwi”).
Nie było jeszcze nic o tekstach... I tu muszę przyznać, że są one naprawdę pokręcone. Pomijam już to, że często warto zajrzeć do książeczki i najpierw przeczytać je na spokojnie. I nie chodzi tu o to, że wokalista ma kiepską dykcję, ani nawet o to, że czasem ścieżka wokalu jest za bardzo schowana za ścianę instrumentów. Albo, że jest ona jakoś bardzo przetworzona. Nie. Tu powód jest zgoła inny. Teksty Ssaków są bowiem bardzo osobliwe. Niekiedy sprawiają wrażenie spisanych na szybko urywanych myśli („… w dwudziestym pierwszym… - a tamta w grobie/ to ładne AUTO – AUTOdestrukcja…” z „Hymnu”, albo „Mówiła: „ze mną się tylko śpi… (to jest naprawdę coś...) egzystencja – to inna agencja” z „Dekonstrukcji”). Wszystko to sprawia wrażenie zabawy słowem. Nie znaczy to jednak, że teksy Ssaków są bez sensu. Często pojawia się w nich temat wierności sobie, pieniędzy jako środka i jako celu życia („Antoś” – świetne: „nie robię z siebie głupka za 500, ani kanalii za 5000…” , „Dekonstrukcje”). Czasem wiąże się to z pewną autorefleksją w kontekście uprawiania sztuki („Non-profit”). Pojawia się kwestia lęku egzystencjalnego („Niedopałki”), miłości („Antoś”), a nawet… odważna deklaracja… („Bez”). Sądzę, że są dość dobrym dopełnieniem przekazu muzycznego płyty. I na pewno wpływają na oryginalność Ssaków.
Album „Massa tabulettae” jest na pewno swoistym ewenementem muzycznym. Niestety, został on wydany dawno temu w małym nakładzie i to tylko na kasecie. Dziś pojawiają się jeszcze jakieś niedobitki nakładu na wtórnym rynku, najczęściej na jakichś aukcjach internetowych. Czasem w jakimś streamingu. Ale taki chyba już los pewnych zjawisk, które zaistniały dawno temu w polskim muzycznym podziemiu. A szkoda. Niemniej, z całego serca polecam zapoznać się z tymi, mocno już chyba zapomnianymi nagraniami.
Naprawdę warto.
Spis utworów: Hymn/ Dekonstrukcja/ Najlepsze wyjście/ Non profit/ Antoś/ Świętokrzyski/ 175 bpm/ Reportaż/ Drzwi/ Jura (średniej długości kawałek o tym, że życie jest ciężkie)/ Niedopałki czasu/ Non profit 2 (to, co powinno być)/ Non profit 3 (to, czego być nie powinno)/ Non profit (finał)/ Bez…
Skład:
Marcin Sienicki – głos, bas, istr. Perkusyjne (6,7), trąbka (8); Adam Traczyk – gitary, sample (8, 11); Arek Larch – bębny, głos (9)
Goście: Aśka Kalisz – skrzypce (9); Kuba Szczypek – syntezator (7); Krzysztof Mroczek (Dżernik): scratche (2, 6, 12, 13)
Muzyka: Marcin Sienicki z wyj. Adam Traczyk (11), Arek Larch (6,9), Ssaki (4)
Teksty: Marcin Sienicki, oprócz (9) – Arek Larch
Komentarze
Prześlij komentarz