DEUTER „ŚMIECI I DIAMENTY” Fonografika 2011
fot. Muzodajnia
Powroty po latach… bywają niebezpieczne. Bazowanie na legendarnych nazwach – również. Co prawda Deuter zawsze był zespołem, który jednolitego składu nie miał. To, co prezentował na poprzednich płytach, również było mocno zróżnicowane stylistycznie. Po drodze przypałętała się Kelnerowi kolaboracja z Dezerterem, która miała swój wynik w wydaniu w 1995 r. płyty tego zespołu o znamiennym tytule „Deuter”. Wypełniały ją klasyczne utwory zespołu Deuter z lat osiemdziesiątych, zaśpiewane przez Kelnera, przy akompaniamencie Dezertera. Potem była długa cisza. Nieudanej w sumie reaktywacja zespołu na przełomie tysiącleci – nie liczę. Aż tu nagle pojawił się album z głównie premierowym materiałem (i dwoma kawałkami z przeszłości) zatytułowany „Śmieci i diamenty”. Znając poprzednie wydawnictwa zespołu, zasiadając do odsłuchu, miałem kompletną pustkę w głowie. Nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Na szczęście już po pierwszym utworze przekonałem się, że nie jest źle. Mało tego, im dłużej słuchałem tej płyty – tym było tylko lepiej!
Na otwarcie – kawałek, który użyczył tytułu całej płycie. I w zasadzie pokazuje on bardzo dobrze, z jaką muzyką będziemy mieć do czynienia dalej. Jest on ostry, gitarowy i bardzo melodyjny. Żywy numer sprawdza się jako wprowadzenie. Zaraz po nim, znajduje się prawdziwa perełka – „Dziecko porąbanych czasów”. Prowadzi go ostry gitarowy riff. Do tego gitarzysta fajnie stosuje zwykłe przesunięcie ręką po gryfie. Nie jest to typowa technika slide, ale brzmi świetnie i wtapia się w strukturę brzmieniową utworu. Daje to efekt przelatującego samolotu.
To, co przykuwa uwagę to bardzo dobre brzmienie płyty. I przede wszystkim, nikła zawartość czystego punka. Deuter zwykło się uważać za jednego z prekursorów tego stylu w Polsce. Co prawda, wielu znawców tematu zdaje się zapominać, że w całej historii swego istnienia, muzyka zespołu potrafiła przybierać różne odcienie stylistyczne. I to często dość dalekie od punk rocka. Owszem, także i na tej płycie, bazą wydaje się pozostawać punk, ale raczej ten z rejonów The Clash, niż Exploited, czy innego Sham 69. Jednak nie przeszkadza temu zespołowi eksploatować różne terytoria muzyczne. Owszem, rdzenny punk znajdziemy w pochodzącej jeszcze z lat osiemdziesiątych „Instrukcji”, którą tu zespół przypomina w nowej wersji, ze zmienionym elektronicznie wokalem. Tak samo w „Drodze wojownika”, choć tu jest to punk bliski temu z końcówki lat siedemdziesiątych. Reszta materiału na ich tle prezentuje się o wiele bardziej różnorodnie. Pojawiają się rytmy ska ożenione z punkiem („Głupota z dyplomami”), czy nawet rockowo-popowo-radiowe klimaty w postaci „Chodź, zabiorę Cię”. Ten ostatni ma w sobie nawet ostry riff, który przypomina kawałki Offspring, czy nawet Nirvany. Jednak w tym wypadku utwór wygładza produkcja, stąd uderzenie nie jest tak mocne. Podobnie perkusja też jest jakby w tle.
Miejscami zespół urozmaica aranżację, wprowadzając dodatkowe instrumenty, czy to poprzez dźwięki gitary akustycznej („Chodź, zabiorę Cię”), czy klawisze („Na królewskim trakcie”, tu klawisze ciekawie podkreślają melodię refrenu). Intrygująco i potężnie brzmi też bas w "Dziś", wzmacnia to jego kroczący riff. W innym miejscu miesza też stylistycznie, wprowadzając nietypowy rytm, przez co pojawiają się ślady wręcz disco-punka, aczkolwiek niezbyt nachalnego („Obłędny taniec”), a nawet industrialne dźwięki („Dziś”, co akurat koresponduje z tekstem).
Dla niektórych może to stanowić pewien przesyt, nawet biorąc pod uwagę, że płyta jest dość krótka (niewiele ponad pół godziny). Ja jednak tak tego nie postrzegam. Zwłaszcza że poszczególne utwory mają w sobie coś, co przykuwa ucho słuchacza. A przez swoją melodyjność i pomysły sprawiają, że chce się ich słuchać jeszcze raz. Myślę, że to jest klucz do zrozumienia tej płyty. Przyjąć ją taką, jaką jest. I czerpać radość z jej słuchania.
Zaznaczyć jednak trzeba, że poszczególne utwory są dość proste. Oparte na kilku akordach, nie co się doszukiwać jakiejś złożoności kompozycyjnej. Nie ma tu też jakichś odkryć czy eksperymentów harmoniczno-melodycznych. Pojawiają się fajne krótkie solówki (np. w „Instrukcji”, czy w „Chodź, zabiorę cię”). Zespół skupia się na graniu tych „odpowiednich dźwięków” i rytmów (te są dość proste, słychać proweniencję punkową). To mu wystarcza, by jego przekaz trafił do słuchacza. Jednak w tym przypadku – „prosto znaczy pięknie.” Tym bardziej że kapela jest naprawdę zgrana.
W muzyce Deutera dużą rolę odgrywa wokal Pawła „Kelnera” Rozwadowskiego. To on – w głównej mierze – odpowiada za to, że całość brzmi spójnie. Mimo upływu lat głos Kelnera nie stracił nic z tej swojej młodzieńczości. Wydaje mi się, że wokalnie Kelner nawet zrobił pewien progres. Wokalista odnajduje się dobrze zarówno w ostrzejszych numerach w postaci „Dziecka porąbanych czasów”, czy w industrialnym niemal „Dziś”, jak i w punkowej galopadzie „Instrukcji”. Ale nie tylko. Wystarczy wsłuchać się w liryczno-refleksyjną „Pustą ziemię.” W zasadzie, w każdym utworze, wokal brzmi po prostu bardzo dobrze i przekonująco. Szczególnie podoba mi się to, co Kelner robi w „Pustej ziemi”. To bardzo minimalistyczny utwór, oparty tylko o gitary i głos. I ten głos Kelnera wprowadza w taką szczególną zadumę. I brzmi lepiej niż niejeden poetycki bard.
Na pewno warto wsłuchać się w teksty. Deuter zawsze należał do zespołów, które chcą przemówić do słuchacza. I tak jak w przeszłości, podobnie jest i na tej płycie. Muszę przyznać, że teksty utworów są naprawdę bardzo dobre. Sporo tu autorefleksji, z genialnym „jestem hybrydą Kmicica z Klossem/ mieszanką Tytusa z Jankiem Kosem” („Dziecko porąbanych czasów”). Niekiedy łączy się ona z wyciąganiem dość gorzkich wniosków („Pamiętam czas, że byliśmy razem/ nie dzieli nas nic i równe prawa/ teraz to przestało być takie ważne” – „Śmieci i diamenty”). Zespół krzywym okiem patrzy na narastającą ślepą konsumpcję i związane z nią zanikanie relacji międzyludzkich i relatywizację wartości („Dziś”, „Obłędny taniec”). Dostaje się też mediom, które sieją dezinformację i ogłupiają odbiorcę, a przy okazji bazują na pseudonaukowych autorytetach („człowiek nie nadąży odfiltrować tego chłamu/ ludzie mega bzdury na co dzień pochłaniają” – „Głupota z tytułami”). Miejscami przekaz robi się wręcz apokaliptyczny („Pusta ziemia”). Jest też i nawiązanie do jak najbardziej aktualnych wydarzeń, potraktowanych jednak dość uniwersalną opowieść o przemijaniu („Na królewskim trakcie”). Znalazło się też miejsce na odrobinę optymizmu (to „Kocham życie, obłędnie kocham życie…” w „Sam”), a nawet romantyzmu („Chodź, zabiorę Cię”) i humoru (prześmiewcza „Instrukcja”). Na pewno wyziera z nich jakaś potrzeba bycia prawdziwym. Trzymania się pewnych zasad, do których jest się przekonany. I jeśli trzeba, to walczyć o nie („Sam”, „Gniew w moim domu”, „Droga wojownika”). I co najważniejsze – nie zalatuje od nich żadnym nieprzekonującym kombatanctwem. To raczej spostrzeżenia doświadczonego przez życie człowieka, który po prostu chce się nimi z kimś podzielić. Wypada to naprawdę naturalnie i nienachalnie.
Reasumując, „Śmieci i diamenty” to naprawdę dobra płyta. Jest w niej autentyzm, szczerość i jakaś taka… pasja. Warto się w nią wciągnąć.
PS. Recenzję tę dedykuję ś.p. Pawłowi „Kelnerowi” Rozwadowskiemu.
Niech spoczywa w pokoju. Był naprawdę wspaniałym artystą.
Skład:
Paweł Rozwadowski – wokal (słowa)
Franz Dreadhunter – gitara, gitara basowa (muzyka)
Piotr Susuł – perkusja
Dariusz Litwińczuk – gitara
Jacek Feliks – gitara
Spis utworów: Śmieci i diamenty/ Dziecko porąbanych czasów/ Głupota z dyplomami/ Dziś/ Obłędny taniec/ Instrukcja/ Gniew w moim domu/ Chodź, zabiorę Cię/ Droga wojownika/ Pusta ziemia/ Na królewskim trakcie/ Sam
Komentarze
Prześlij komentarz